Recenzje książek, nie tylko beletrystycznych.

2 kwietnia 2010

Zbieracz łusek po nabojach


            Jakieś sześć lat temu zakochałam się w opowieściach anielskich Mai Lidii Kossakowskiej: zbiorze opowiadań „Obrońcy Królestwa” (ukazały się potem w Fabryce Słów w zbiorze pt. „Żarna niebios”) i ich kontynuacji, powieści „Siewca Wiatru”. Gdy więc zobaczyłam w Empiku zapowiadanego od dłuższego czasu „Zbieracza Burz”, sięgnęłam po niego bez wahania. Wydano go od razu w dwóch wersjach: w oprawie twardej i miękkiej. Ta w twardej oprawie jest ładniejsza, ale że zarówno mój portfel, jak i plecy optują zawsze za okładką miękką, zaopatrzyłam się w miękkiego „Zbieracza”. Zatrzymam się jeszcze przez moment przy estetycznych walorach książki. W pierwszym wydaniu „Siewcy”, którego jestem posiadaczką, okładka była przepiękna, natomiast ilustracje w środku w ogóle nie przypadły mi do smaku. W „Zbieraczu” zarówno okładka jak i ilustracje są miłe dla oka.
            Wiele osób zawiodło się nieco na kontynuacji „Siewcy Wiatru”, dziwiąc się nagłemu przeobrażeniu osobowości u wielu bohaterów i żałując znanej z „Siewcy” wielowątkowości, za to chwalono przewagę „rąbanki” nad politycznymi spiskami. Cóż, mnie jednak bardziej odpowiadały skomplikowane polityczne spiski niż anioł walący z karabinu. Oczywiście, książka nie mogła być taka sama, jak jej poprzedniczka – po sześciu latach to po prostu niemożliwe, by autorka pisała tak samo. Zresztą, obawiałam się trochę, że po tym, jak Kossakowska wydała „Zakon Krańca Świata”, „Rudą Sforę” i „Upiora Południa”, w ogóle nie będzie można odnaleźć już w „Zbieraczu Burz” klimatu z „Siewcy”. Pomyliłam się jednak. Klimat został zachowany, to wciąż jest ta sama kraina aniołów i demonów – choć może jeszcze troszkę mroczniejsza. Przyznam też, że ze wszystkich światów i bohaterów stworzonych przez Kossakowską ten anielski polubiłam najbardziej. Ogólnie rzecz biorąc czytało mi się „Zbieracza” bardzo przyjemnie, choć do zarzucenia mam tendencję do przedwczesnego zdradzania biegu wypadków. Niemniej czekam na tom drugi i zabiorę się do niego z entuzjazmem.
            Jako wielbicielka sztuki kaligrafii, szybko dałam się zwabić pięknej okładce powieści „Skryba”. Streszczenie akcji zamieszczone z tyłu również zachęciło mnie do lektury. Książka opowiada o losach Theresy, która żyła w czasach Karola Wielkiego i była kobietą na te czasy wyjątkową, gdyż potrafiła pisać i czytać. Głównym wątkiem jest kwestia Donacji Konstantyna, sławnego fałszywego dokumentu, w którym cesarz Konstantyn rzekomo nadał Kościołowi liczne przywileje. Autor „Skryby” ewidentnie ma pewne zacięcie do kryminałów, gdyż książka roi się od śledztw i dochodzeń. Moim ulubionym bohaterem był Alkuin – mnich o niejednoznacznej osobowości. Główna bohaterka wydała mi się dosyć irytująca i niekiedy wręcz… głupia. Na niekorzyść można zapisać łatwy do odczytania scenariusz dotyczący przyszłości Theresy – oto pojawia się przystojny, hojnie obdarzony przez naturę (sic!) bohater, który jest jednak podejrzany i szybko domyślamy się, że oszukuje główną bohaterkę. Na szczęście jednak pojawia się zaraz, już na zapas, nowy adorator, który okazuje się tym dobrym i poślubia naszą skrybę. Oprócz tego jednak sama powieść jest wciągająca, przewija się przez jej karty wiele barwnych postaci, a tło historyczne jest przekonujące. Szczególne wrażenie wywarła na mnie znajomość przyborów i składników używanych do obrabiania pergaminów – już dla samych walorów poznawczych warto przeczytać, co autor, Antonio Garrido, ma do powiedzenia.
Chciałam jednak dodać, że o ile tło historyczne wydaje się wiarygodne, to poziom łaciny, którym posługuje się autor, pozostawia wiele do życzenia. Nawet w często używanym zwrocie "W imię Ojca..." popełnił błąd! Zamiast "In nomine Patris" pisze "In nomine Pater", co można by przetłumaczyć jako "W imię Ojciec". Obniża to w moich oczach znacząco jakość tej książki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz